W ślad za oddziałami Wehrmachtu,
dokonującymi w 1939 roku agresji przeciw Polsce,
wkraczały do Wielkopolski różne oddziały policyjne.
Miały one za zadanie likwidowanie polskiego oporu oraz
utrzymanie ludności w posłuszeństwie wobec okupacyjnych
władz.
W okresie zarządu wojskowego
rozpoczęło się tu działalność kilka różnych formacji
policyjnych: tajna policja polowa, żandarmeria polowa
(podległe wojsku), policja bezpieczeństwa (Sicherheitzpolizei),
policja porządkowa (Hilfspolizei), żandarmeria (Gendarmerie).
Wszystkie one podlegały ściśle Gestapo, SS i policji
kryminalnej.
Policja ochronna (Schutzpolizei
zwana też Schupo) była jedną wśród policyjnych formacji,
która oprócz zwykłej służby policyjnej współpracowała ze
służbami kryminalnymi oraz brała udział w zwalczaniu
przestępstw gospodarczych.
Już w okresie zarządu wojskowego
władze werbowały miejscowych Niemców (Volksdeutsche) do
policji pomocniczej (Hilfspolizei, Hilfsgendarmerie).
Zwerbowane osoby szkolono i zatrudniano w służbie
patrolowej oraz przy wysiedlaniu ludności polskiej.
Wiosną 1940 roku policja ta otrzymała nowe mundury
pochodzenia austriackiego. Teraz dopuszczono ją też do
patrolowania terenu należącego do danego posterunku
policji ochronnej.
Na terenie Junikowa w okresie
zarządu wojskowego bezwzględnego przestrzegania tzw.
godziny policyjnej, zakazu otwierania okien od ulicy,
itp. (np. grożono, że w otwarte okno będą strzelać),
pilnował Wehrmacht. Na podstawie okólnika Himmlera z
dniem 7.11.1939 roku zniesiono w Wielkopolsce zarząd
wojskowy. W tym samym mniej więcej czasie utworzono w
Junikowie posterunek policji ochronnej (Schutzpolizei w
skrócie Schupo). Na siedzibę policji przeznaczono dom
należący do rodziny Wojciechowskich, usytuowany na
narożniku ulicy Grunwaldzkiej i Ziębickiej.
Posterunkiem Schupo dowodził,
przybyły z samego Berlina, Polizeimeister Giese,
człowiek o powierzchowności pedantycznego niemieckiego
urzędnika. Zamieszkał on wraz z żoną w domu
Chałupniczaków przy ulicy Grunwaldzkiej.
Nie pobył tu jednak długo. Nękany wodą zalewającą nisko
położoną posesję na której usytuowany był ów dom,
przeniósł się na jedną z łazarskich placówek.
W Junikowie pozostał pomocnik
Giesego, typowy. Opasły Bawarczyk Meier, wraz ze swym
nieodłącznym motocyklem z przyczepą. Nowym
Polizeimeistrem został policjant nazwiskiem Heubusch.
Schupo niby dość spokojne,
zraziło mnie swoim udziałem w bardzo wstrętnej akcji
burzenia figur przydrożnych. Osobiście widziałem moment,
gdy jeden z policjantów przystawił drabinę do kapliczki
Matki Boskiej stojącej przed domem Chałupniczaków i
kilofem wykruszał z niej cegły. Znam też z opowiadania
drugi przykład, jak policjant Meier pędząc swoim
motocyklem do miejsca rozbiórki krzyża przy ulicy
Krośnieńskiej, wpadł na przydrożne drzewo łamiąc sobie
żebra. Ten Bawarczyk do służby już nie wrócił.
W junikowskim posterunku pełniło
też służbę kilku policjantów pomocniczych (Hilfspolizei).
Można było ich spotkać na junikowskich ulicach, gdy
patrolowali teren pieszo lub na rowerach. Byli bardzo
służbowi i bezwzględni, w czym przewyższali nieraz
swoich przełożonych z policji ochronnej. Rowery
ułatwiały im pogoń za zbiegami. Aresztantów
przetrzymywano w pomieszczeniach posterunku,
wykorzystując ich równocześnie do czyszczenia lub
naprawy swoich służbowych rowerów, a nawet do czynności
karmienia hodowanych przez policjantów królików.
Policjanci z Hilfspolizei
organizowali też obławy na osoby nielegalnie przewożące
artykuły żywnościowe z okolicznych wsi. Liczni, którym
się zdarzyło się przebywać w tych czasach w
pomieszczeniach policyjnego posterunku wspominają stół,
na którym codziennie leżały kręgi skonfiskowanych nocą
kiełbas, połcie słoniny, boczku i klepki masła.
Junikowska policja urządzała też
nieraz nocne pościgi jakichś tajemniczych osób.
Osobiście pamiętam jak pewnej mroźnej zimowej nocy
słyszeliśmy wokół naszego domu dziwną gonitwę, krzyki,
strzały i jęki. Około 4.30 rano wpadło do mieszkania
kilku policjantów, którzy dokładnie przetrząsnęli
pomieszczenia szukając kogoś kto, (jak to określali)
zdołał im uciec. Istotnie, w ciągu dnia odkryliśmy na
śniegu w ogrodzie ślady krwi.
Od 1941 roku do końca okupacji
istniał w Poznaniu szwadron konnej policji (Polizei-Reiterschwadron
zwany później Polizei-Reiterersatzabteilung), składający
się z policjantów pomocniczych.Patrole tego szwadronu
zapuszczały się także do Junikowa. Przekonałem się o tym
osobiście, gdy pewnego dnia w 1942 roku szedłem z
siostrą do pracy (tramwaje kursowały w owych czasach
dopiero od ulicy Palacza). Nagle, gdzieś w okolicy
wylotu ulicy Dziewińskiej, ujrzeliśmy jadącego od strony
miasta konnego policjanta, który w momencie mijania nas,
kiwnął na mnie ręką abym się do niego zbliżył. Wtedy on
poprzez moją czapkę chwycił mnie za włosy i podniósł
wysoko w górę sprawiając mi niedający się opisać ból.
Następnie kazał cofnąć się pięć kroków, ponownie minąć
go, zdjąć czapkę i pozdrowić go słowami: "Guten Tag".
Oczywiście, że po tak osobliwym
spotkaniu z niecodziennym monstrum jakim był patrol
Polizei-Reiterschwadron, ilekroć mijałem jakiegokolwiek
konnego jeźdźca, odruchowo chwytałem się cza czapkę.
Trudno: Ordnung muß sein…
P.S. W artykule wykorzystałem
materiały zawarte w pracy Stanisława Nawrockiego pt.
"Policja hitlerowska w tzw. Kraju Warty w latach
1939-1945" Poznań, Instytut Zachodni, 1970.