Niebezpieczny był atak na forty skierowany od strony
miasta. Zabłąkane lub niecelne pociski trafiały w
junikowskie domy rujnując je poważnie. I tak w domu na
narożniku ul. Grunwaldzkiej i Junikowskiej padający
pocisk zburzył narożnik piętra, wyrywając równocześnie
drzwi z futryną. Przy ulicy Junikowskiej runęła
dosłownie cała szczytowa ściana domu należącego obecnie
do p. Kacznarków. Olbrzymia wyrwa we frontowej ścianie
domu p. Głowackich i zerwana połowa dachu p. Leitgeberów
przy ul. Junikowskiej, to także dzieło owych pocisków.
Podobnych zniszczeń było w okolicy znacznie więcej. Nie
sposób wyliczyć ich wszystkich. Jedno jest pewne: mało
było w skali całego Junikowa budynków, które by nie
ucierpiały w owym czasie. Lecz gorsza od samych działań
wojennych była przeciągająca się i niezwykle uciążliwa
obecność wojsk sowieckich na terenie naszego osiedla .
Starsi mieszkańcy do dziś nie mogą zapomnieć owych
mroźnych nocy, wypełnionych hukiem artyleryjskich salw i
błyskami rozrywających się pocisków. Mówią o panicznym
lęku o życie najbliższych i swoje. W takie to bowiem
noce, jakby nie dość było całej okropności wojny, nękały
mieszkańców pijane watahy czerwonoarmistów. Z
"pepeszami" w ręku dobijali się do domów, przetrząsali
mieszkania, szukając kobiet i dziewcząt, a w kieszeniach
"Germańców".
Gdy po zdobyciu fortów wojenny zgiełk przycichł nieco,
co śmielsi mieszkańcy zaczęli wychodzić z piwnic i
kryjówek. Oczom ich ukazał się ponury obraz pobojowiska:
porzucony w nieładzie sprzęt bojowy, zniszczone pojazdy
wojskowe, jak choćby ciężarówka przy ul. Grunwaldzkiej
załadowana amunicją przeciwlotniczą, z której część
wybuchła, kompletne działo przeciwlotnicze pozostawione
przy domach naprzeciw fortu VIII, to znów sowiecki czołg
na terenie dzisiejszej firmy farmaceutycznej "GlaxoWilkomSmith",
trafiony "Panzerfaustem". Na ulicach ścieliły się trupy
poległych Niemców. Było ich sporo zwłaszcza na ul.
Junikowskiej i Sieradzkiej. Na tej ostatniej, przy
dzisiejszej lecznicy dla zwierząt, leżało ich około
siedmiu. Lecz to co można było obejrzeć na ul.
Świebodzińskiej na wprost budynku p. Derpińskich, było
wstrząsające. Na jezdni leżało obok siebie dwóch
zabitych żołnierzy: Niemiec i Rosjanin. Z ich
przestrzelonych głów spływały dwie stróżki krwi, łączące
się w zagłębieniu jezdni, tworząc jedno zamarznięte,
krwawe bajorko – jakby jakiś dramatyczny symbol
pośmiertnego pojednania.
Tymczasem nadal trwało oblężenie cytadeli. Nocami
nadlatywały niemieckie samoloty ze zrzutami dla
walczącej załogi, lub też bombardujące ocalałe obiekty
magazynowe. Na nocnym niebie krzyżowały się wtedy
świetliste smugi reflektorów i strzelała artyleria
przeciwlotnicza. Często też przelatywały z ciężkim,
charakterystycznym dudnieniem Junkersy – niemieckie
samoloty transportowe. Zdarzały się również sporadyczne,
nagłe ataki pojedynczych samolotów Luftwaffe w dzień.
Przypominam sobie taki właśnie nalot i odrywające się od
samolotów bomby. Jedna z nich spadła w pobliżu
dzisiejszego "Samu" przy ul. Grotkowskiej. Była to bomba
zapalająca, która jednak nie wybuchła. Zdarzały się też
przypadki ostrzelania przechodniów z broni pokładowej. W
taki sposób raniono w nogę Tadeusza Strzelczyka, który
do końca życia pozostał kaleką.
W końcu lutego, gdy trwały jeszcze walki o Poznań,
mieszkający w Junikowie ówczesny alumn Włocławskiego
Seminarium Duchownego, a późniejszy proboszcz w Herbach
Szlacheckich, dobrze znany starszej generacji Junikowian,
ks. Stanisław Michalak, rozpoczął starania o wznowienie
działalności naszej parafii. Przedwojenny proboszcz
junikowski ks. Leonard Gierczyński nie powrócił jeszcze
wówczas z obozu w Dachau. Lecz Stasiu Michalak (bo tak
go tu wszyscy nazywali) znając ukrywającego się na
terenie Poznania księdza Feliksa Michalskiego ze
Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Rodziny, w imieniu
junikowskich parafian wyjednał u władzy duchownej to, że
ks. biskup Walenty Dymek powołał ks. Michalskiego na
administratora parafii św. Andrzeja Boboli. 20 lutego
1945 ks. Michalski przybył do Junikowa i natychmiast z
pomocą ks. Stanisława przystąpił do uporządkowania
kościoła. Wielka była ofiarność i poświęcenie
mieszkańców. Do pracy włączyła się też spontanicznie i
bezinteresownie młodzież. Optymizmem napawał widok
pokaźnej grupy młodzieży porządkującej z uśmiechem i
zapałem wnętrze kościoła. Z pośród nich zapamiętałem
niestety tylko dwóch, przedwojennych ministrantów:
Tadeusza i Kazimierza Szukatów. Podobnie Henia i Irka
Winklówne – tylko te dwie przypominam sobie z licznej
gromady dziewcząt i chłopców, co to z drewnianym wózkiem
wybrali się do p. Gallego – ogrodnika, po kwiaty dla
przyozdobienia ołtarza. Z podobnym entuzjazmem
uzupełniono braki wyposażenia wnętrza kościoła,
począwszy od krzyża, aż do krzeseł włącznie.
I właśnie z tymi krzesłami przypomina mi się pewna
przygoda. Przenosiłem wspólnie z ks. Michalakiem krzesła
od p. Ratajczaka z ul. Krośnieńskiej do kościoła. Gdy
szliśmy dzisiejszą ul. Bełchatowską (w miejscu, w którym
przepływa łąkami strumień) zostaliśmy ostrzelani przez
żołnierzy stojących obok dział przy ul. Sieradzkiej.
Pociski poszły ponad naszymi głowami, a my zgięci w pół,
z duszą „na ramieniu”, jakoś donieśliśmy krzesła do
kościoła. Najgorsze w tym było to, że aby przenieść
wszystkie krzesła, musieliśmy naszą „przeprawę”
dwukrotnie powtórzyć, ku każdorazowej uciesze ruskich
dowcipnisiów.
Ewaryst Czabański