W pierwszej połowie 1940 roku
przystąpili Niemcy do przebudowy zwykłej polnej drogi,
jaką była wówczas ul. Grunwaldzka na odcinku od ul.
Junikowskiej do Fortu VIII. Prace rozpoczęto od
wyłożenia faszyną nawierzchni dzisiejszej ul.
Sieradzkiej (ul. Gen. Józefa Hallera), którą dowożono
później cement i żwir. W końcu lata zaczęto
przyprowadzać codziennie pod wojskową eskortą
obozujących w jednym z pobliskich fortów – angielskich
jeńców wojennych. Zatrudniano ich przy niwelowaniu drogi
i pokrywaniu jej grubym pasmem betonu. Ciężka to była
praca, zwłaszcza na gliniastym odcinku między ul.
Junikowską i Świebodzińską. Ziemię rozwożono taczkami
lub częściowo wagonikami na szynach.
W tym okresie jeńcy przymierali
głodem. Polacy podrzucali im chleb, masło, lub co kto
miał. Czynili to jednak ukradkiem, bo za taką pomoc
groziło więzienie lub obóz pracy. W taki to sposób za
rzucenie jeńcowi papierosa dostał się do więzienia
Ignacy Krzyżaniak. W sklepie Stefana Czabańskiego był
wystawiony, za zgodą Niemców, kosz. Do niego można było
składać żywność dla Anglików, z wyjątkiem masła.
Pomysłowi mieszkańcy Junikowa przekrawali bochenki
chleba wzdłuż, drążyli je, nadziewali masłem, smalcem
lub cukrem, składali połówki ze sobą i jako zwykły chleb
wkładali do kosza. A trzeba pamiętać, że były to
artykuły nabywane drogą bardzo ograniczonego przydziału.
W mieszkaniu Stefana Czabańskiego
gotowano też kawę zbożową, którą jeńcy w towarzystwie
niemieckich żołnierzy codziennie odbierali. W czasie
takich krótkich wizyt zawiązywała się między gospodarzem
domu a jeńcami krótka rozmowa w języku angielskim, na
którą niemiecka straż zezwalała, nie rozumiejąc jednak
jej treści. Pewnego razu jeden z Anglików poprosił o
dostarczenie mu dokładnej mapy Niemiec i cywilnego
ubrania nie tając, iż planuje ucieczkę. Po jakimś czasie
zakonspirowanym sposobem otrzymał ją. Pewnego dnia jeńcy
nie przyszli do pracy. Po paru dniach, gdy znów, jak
zwykle, przyszli po kawę, pilnujący ich niemieccy
żołnierze oznajmili, że kilku Anglików zbiegło z obozu.
Godną podkreślenia była dyskrecja
i wzajemna solidarność jeńców. Nawet małą bułką dzielili
się sprawiedliwie, krojąc ją na tyle części, ilu ich
było. Gdy ktoś podrzucił im chleb lub trochę masła,
udawali, że niczego nie widzą. Zabierali dopiero wtedy,
gdy strażnik oddalił się lub odwrócił.
W drugiej połowie września 1940
roku otoczono teren szkoły (dzisiejsze Liceum
Plastyczne) podwójnym drutem kolczastym, z trzema
wieżami strażniczymi. Pierwsza od zachodu dotykała
prawie ul. Junikowskiej (budował ją cieśla Leon
Sierżant), druga stała przy parceli Płaczków, trzecia
wznosiła się od wschodu, w pobliżu ul. Soboteckiej. W
sobotę dnia 26 października wojsko niemieckie
zarekwirowało domek mieszkalny Franciszki Styp –
Rekowskiej przy ul. Junikowskiej. Po trzech dniach
właścicielkę, której mąż przebywał jeszcze w jenieckim
obozie, przygarnął brat Leon Frąckowiak, mieszkający w
pobliżu ul. Soboteckiej. Później znalazła schronienie u
swojej znajomej Nowickiej. Dom Franciszka włączono wraz
z parcelą w obręb odrutowanego terenu.
W dniu 2 listopada przywieziono
około 300 – 350 jeńców i zakwaterowano w obozie. Byli
wychudzeni, zarośnięci i obdarci. Na nogach mieli
drewniane saboty. Sytuacja Anglików zmieniła się
zupełnie, gdy po trzech tygodniach zaczęli otrzymywać
paczki z żywnością i odzieżą ze Szwajcarii przez
pośrednictwo Czerwonego Krzyża. Każdy z jeńców otrzymał
dwa mundury. Jeden "na święto", drugi do pracy. Starą
odzież palono na dziedzińcu kościelnym. Wtedy to oni,
jeńcy, zaczęli podrzucać – zwłaszcza dzieciom –
smakołyki, jak cukierki i czekoladę. Papierosy chętnie
wymieniali na chleb, tłuszcz i mięso. Anglicy (wśród
których było sześciu Szkotów w kraciastych spódnicach
spod których wystawały kosmate nogi, w beretach z
pomponami na głowach) do pracy wychodzili codziennie o
godz. 7.00 rano, a wracali o 17.00. Pracowali nadal przy
ul. Grunwaldzkiej. Część z nich jednak pracowała w
Forcie VIII, gdzie w podziemiach mieścił się, magazyn
apteczno – sanitarny, tzw. Sanitätspark.
Na święta Bożego Narodzenia mieli
już angielscy jeńcy pianino. Chętnie śpiewali swoje,
niezbyt zresztą melodyjne piosenki. Organizowali też dla
siebie amatorskie przedstawienia. Nie brakowało im
dowcipu, o którym świadczy choćby taka oto podpatrzona
scenka: Zmiana strażników. Żegnają się słowami "Auf
Wiedersehen", na co dowcipny Anglik dopowiada głośno:
"In England".
Zimą 1940/41 zdarzyła się zabawna
historia i to pomiędzy niemieckimi strażnikami. Wśród
nich znajdował się niejaki Paul Kurek z Nadrenii, z
pochodzenia Polak. Skończony zawadiaka i awanturnik. Był
on cichym łącznikiem w kontaktach między Polakami i
Anglikami. Dostarczał jeńcom chleb, mięso, wymieniał
angielskie papierosy na żywność. Podchmielony śpiewał
wśród Polaków "Jeszcze Polska nie zginęła", a raz nawet
rzucił butelką w portret Hitlera, wyrażając się o nim w
sposób mało kulturalny. W pewną styczniową niedzielę
1941 roku udał się do Plewisk Marian Chwirot z Junikowa.
Ziemię pokrywał świeży, lepki śnieg. Niemieckie
podrostki zaczęły obrzucać Mariana śnieżnymi kulami, tak
iż musiał schronić się do pobliskiego sklepiku. Traf
chciał, że był tam też ów Paul, razem z czterema innymi
młodymi Polakami. Paul wyciągnął zza cholewy pałki
gumowe, rozdał je Polakom , kazał bić ile się zmieści i
krzyczeć: "Du verfluchte Pole!..." Ci zrobili rzecz tak
solidnie i fachowo, że trzeba było wezwać karetkę
pogotowia. Oczywiście bijący zniknęli w ciemności
wcześnie zapadającego zmierzchu. W poniedziałek rano
policja szukała winnych. Gdy ich nie znaleziono,
rozgłoszono, że sami Niemcy między sobą tak się pobili.
Wiosną 1941 roku obóz jeniecki
zelektryfikowano. Silnik spalinowy wraz z prądnicą
umieszczono w szopie przylegającej do kościoła. Na
wieżach, na których były umieszczone reflektory czynne
nocą, mieli swoje stanowiska strażnicy uzbrojeni w
karabiny. Komendantem obozu był niemiecki major.
Mieszkał u ks. Leonarda Gierczyńskiego. Biuro znajdowało
się w domku Anny Mańczak. Natomiast strażnicy mieszkali
w domku na placu kościelnym oraz u Sylwestra i Czesława
Rapiorów. W domku Styp – Rekowskich urządzono bardzo
prymitywny szpitalik dla jeńców.
Anglicy zostali wycofani z
Junikowa w maju 1941 roku. Od tej chwili Polacy stracili
wszelki kontakt z nimi. Jeńcy pozostawili po sobie dobrą
pamięć jako solidni, twardzi i nie dający się niczym
zastraszyć – żołnierze.
Po ich odejściu prawie
natychmiast zostali w obozie umieszczeni Żydzi.